Rozmowa z pianistą i kompozytorem jazzowym Kubą Cichockim – Jazz to wolność

Jak to się stało, że muzyka pojawiła się w Twoim życiu? 

Moja cała rodzina związana jest z muzyką. Tata jest nauczycielem gry na gitarze i pianinie, komponuje oraz aranżuje muzykę na gitarę, chór i mniejsze zespoły wokalne. Był współzałożycielem zespołu Labirynt, z którym w latach 70. i 80. występował między innymi na festiwalach w Opolu i Zielonej Górze. W zespole tym śpiewała również moja mama. Oprócz tego cala rodzina była częścią prowadzonego przez tatę Chodzieskiego Chóru Kameralnego, który zdobywał nagrody na ogólnopolskich konkursach i festiwalach chóralnych.

Od dziecka otoczony byłeś dźwiękami i to nie tylko chyba w rodzinie. Miejscowość Chodzież od lat nazywana jest przecież w Polsce letnią stolicą jazzu.

Tak. W Chodzieży od ponad pół wieku odbywają się warsztaty jazzowe skupiające najważniejsze nazwiska polskiego środowiska jazzowego jak i wybitnych artystów sceny międzynarodowej. Jak miałem 19 lat po raz pierwszy wziąłem udział w warsztatach jako uczestnik i dzięki nim zacząłem wchodzić głębiej w samą muzykę, jak i całe środowisko.

Jazz był więc dla Ciebie naturalnym wyborem.  

Nie do końca. Pamiętam, że jeszcze kilka lat wcześniej nie wszystko co tam słyszałem wydawało mi się atrakcyjne. Jednak stopniowo oswajałem się z tym brzmieniem. Tym bardziej, że w domu muzyka jazzowa była obecna praktycznie przez cały czas.

Dlaczego akurat pianino? 

Pianino zawsze stało w domu, bo był to drugi instrument oprócz gitary, na którym grał tata. Znajdowało się i zresztą ciągle znajduje w pokoju w piwnicy, co zapewniało pewnego rodzaju azyl i poczucie niezależności. Tego rodzaju odosobnione miejsce sprzyja swobodzie i pracy kreatywnej. Szczególnie zaczyna się to doceniać z perspektywy Nowego Jorku, gdzie o przestrzeń dla siebie ogólnie jest bardzo trudno. Pamiętam, że w wieku 6 czy 7 lat chodziłem do ogniska muzycznego przy Chodzieskim Domu Kultury, ale po krótkim czasie okazało się, że piłka nożna jest ważniejsza i przerwałem lekcje. Potem wróciłem do grania w piwnicy już bez regularnych lekcji, natomiast na pewno cały czas ważną rolę odgrywały rady i wspólne granie z tatą.

Właściwą edukację muzyczną rozpocząłeś jednak relatywnie późno.

To prawda. Do szkoły muzycznej poszedłem dopiero po maturze wybierając Wydział Jazzu w Państwowej Szkole Muzycznej przy ul. Bednarskiej w Warszawie. Nie mogłem zdawać na Akademię Muzyczną im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, uznawaną za najlepszą w kraju, gdyż nie miałem ukończonej szkoły muzycznej I stopnia. Na Bednarskiej nie było to wymagane i ukończyłem tam najpierw Wydziału Jazzu, a później Policealne Studium Jazzu. Dalszą edukację kontynuowałem już w Stanach w City College w Nowym Jorku.

Dlaczego wyjechałeś do Ameryki?

Nowy Jork jest absolutnie niezwykłym miejscem, jeśli chodzi o muzykę jazzową, środowisko, nowe trendy, energię i niesamowite muzyczne osobowości. Najpierw przyjechałem na mały rekonesans zatrzymując się w Nowym Jorku u mojego dobrego znajomego, świetnego gitarzysty, Rafała Sarneckiego. Można powiedzieć, że Rafał przetarł szlaki i wiele mu zawdzięczam w kwestiach związanych z aplikowaniem na studia, mieszkaniem i aklimatyzacją. Ostatecznie w Nowym Jorku znalazłem się wraz żoną Bogną, wokalistką jazzową, w 2010 roku. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień, gdyż był to raczej kilkuletni projekt ukierunkowany na to, aby kiedyś móc tutaj zamieszkać i tworzyć. Z czasem stawało się to bardziej realne i kiedy pojawiła się konkretna możliwość wyjazdu, to po prostu z niej skorzystaliśmy.

Dość szybko odnalazłeś się w Nowym Jorku grając z wieloma uznanymi muzykami jazzowymi i występując w ważnych klubach. Jak dokonałeś tej trudnej sztuki, która jak do tej pory udała się przecież nielicznym polskim muzykom?

Myślę, że to była kwestia dużego zaangażowania, pasji, ciągłej pracy nad muzycznym warsztatem, ale również i szczęścia. W odpowiedniej chwili przestawiłem się też z trybu formalnej nauki na bardziej swobodne granie i funkcjonowanie w środowisku. Uczelni City College ostatecznie nie ukończyłem, ale też nie na tym zależało mi najbardziej. Przyjeżdżając do Stanów miałem w sobie sporą dawkę polskiej mentalności i dość duże poczucie niezależności. Wiele czytałem wtedy Gombrowicza, co tylko wzmocniło moją wiarę w niezależność jednostki. Generalnie byłem dość zbuntowany i raczej trudno było mi się wcisnąć w ramy amerykańskiej edukacji czy nawet amerykańskiej mentalności, szczególnie w wymiarze obyczajowo – społecznym. Natomiast przydawało się to w graniu swobodnej, często eksperymentalnej muzyki.

Jacy jazzowi artyści, w tym zapewne pianiści, stanowią dla Ciebie muzyczną inspirację? 

To się nieustannie zmienia. Na początku słuchałem głównie tego, co było w domu, czyli na przykład nagrań Pat Metheny Group ze znakomitym pianistą, niestety nieżyjącym już Lylem Maysem. Bardzo lubiłem brzmienie tego zespołu, podziwiałem solówki Maysa, którego wkład w rozwój tej formacji był nieoceniony. W domowej kolekcji były też płyty Oscara Petersona, Billa Evensa, Keitha Jarretta, czy też Michela Petruccianiego. Z polskich wykonawców, których słuchałem przed laty i mieli na mnie duży wpływ wymieniłbym chociażby Leszka Możdżera i, co może nieoczywiste, Grzegorza Turnaua. Będąc już na Bednarskiej słuchałem i studiowałem tych największych pianistów, takich jak: Herbie Hancock, Chick Corea, czy McCoy Tyner. Najbardziej jednak ceniłem wtedy twórczość Keitha Jarretta. Przed wyjazdem do Stanów wszedłem w Warszawie w awangardowe środowisko i zacząłem słuchać muzyków z tego kręgu, na przykład Craiga Taborna. Obecnie mniej słucham samych pianistów, a trochę bardziej skupiam się na wokalistach, między innymi bardzo cenię Michael’a Mayo. Często wracam też do muzyki klasycznej, studiując kompozycję i harmonie, głównie do muzyki Bacha, Mozarta i Szopena.

Masz swoją ulubioną jazzową płytę?

Trudno wybrać jedną, ale na przestrzeni lat stosunkowo często wracałem do płyty Still Life Talking wspomnianego zespołu Pat Metheny Group. Na pewno jest tu jakaś wartość sentymentalna, może też sam fakt, że była to jedna z pierwszych moich płyt w ogóle.

Pomówmy o Twoich autorskich dokonaniach płytowych. Sam nagrałeś już 4 albumy.

Tak. Wszystkie powstały już po moim przyjeździe do Stanów. Pierwszy album o nazwie Audubon Lab Experiment ukazał się w 2016 roku. Tę płytę nagrałem ze znajomymi ze szkoły w domowym studio. Znalazły się na niej pewne elementy awangardy, ale przede wszystkim był to zapis naszych muzycznych poszukiwań i pewnych młodzieńczych fascynacji i energii. Kolejna płyta Live At Spectrum z 2018 roku, to rejestracja koncertu w nieistniejącym już klubie Spectrum na Manhattanie. Płyta nagrana z świetnymi muzykami i wydana przez polską wytwórnię Multikulti Project skupiała już bardzo awangardowe i eksperymentalne brzmienia. Mój trzeci krążek Brisk Distortions z 2021 roku to duet z wybitnym awangardowym gitarzystą Brandonem Seabrookiem, z którym zresztą nagrywam i koncertuję do tej pory. Album ten został uznany przez “Cadence Jazz” za jedno z najlepszych wydawnictw roku. Brandon zagrał też na mojej ostatniej płycie Flowing Circles z 2023 roku wydanej nakładem Brooklyn Jazz Underground Records. W nagraniach wziął także udział saksofonista Lucas Pino oraz moja żona Bogna Kicińska.

Który ze swoich albumów uważasz za najlepszy? 

Na pewno moje płyty różnią się stylistycznie. Zwłaszcza między pierwszą a drugą jest duży przeskok. Za najbardziej dojrzałą i najpełniejszą uznaję ostatnią płytę, “Flowing Circles”. Mówiąc wprost, zawiera ona najwięcej tych elementów, które lubię w muzyce. Są w niej brzemienia zarówno awangardowe jak i też bardziej mainstreamowe. Moim założeniem było, żeby te światy jakoś połączyć.

W swojej karierze nagrywałeś i współpracowałeś z wieloma wspaniałymi artystami, jak chociażby basista John Benitez, czy nasz, rodzimy Zbigniew Namysłowski. Współpracę z którym artystą cenisz sobie najbardziej?

Współpraca z każdym artystą była dla mnie ciekawa i w jakiś sposób mnie wzbogaciła. Spośród muzyków, z którymi grałem w ostatnich latach chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci współpraca z Brandonem Seabrookiem. Przy tworzeniu tego rodzaju muzyki, związanej ze swobodą i własną ekspresją pojawiają się różnego rodzaju sytuacje, które nie do końca można zdefiniować czy opisać językiem stricte muzycznym. W graniu z Brandonem dużą rolę odgrywa intuicja; otwierają się nowe przestrzenie, a samo doświadczenie jest wręcz z pogranicza muzyki i mistycyzmu. Ciężko opisać to słowami. W awangardowym świecie Brandon to bardzo ceniona i poważana postać. Wiele razem już zrobiliśmy i mam nadzieję, że będą kolejne wspólne projekty.

Często występujesz razem z żoną, wokalistką jazzową Bogną Kicińską, a nawet zagrałeś na jej debiutanckiej płycie The Maze z 2014 roku. To bardzo ciekawe, gdyż tych małżeńskich duetów w jazzie tak wiele raczej nie ma. Uzupełniacie się bardziej, czy też raczej walczycie o pewną muzyczną dominację?

Nie nazwałbym tego dominacją, ale muzyczne spory, czy też różnice zdań oczywiście się zdarzają. Byłoby trochę dziwne, gdyby tego nie było, tym bardziej, że występujemy już ze sobą w mniejszych lub większych składach od blisko 20 lat. I są okresy, że gramy wspólnie naprawdę intensywnie i dużo. Przede wszystkim jednak w graniu zawsze dążymy do zrozumienia, staramy się wzajemnie uzupełniać i poszukujemy podobnej energii. Nasze drogi muzyczne zetknęły się bardzo wcześniej, bo graliśmy już razem na Bednarskiej, tak więc mieliśmy sporo czasu, aby się muzycznie dopasować. Pomaga też to, że Bogna podchodzi do naszej współpracy bardzo otwarcie i wokalnie też nie narzuca sobie żadnych ograniczeń. Potrafi śpiewać zarówno piosenki, jak i trudne instrumentalne partie. I to sprawdza się jak do tej pory w naszym wspólnym graniu. Dla mnie jako kompozytora jest to komfortowa sytuacja. Znam jej możliwości i wiem, że Bogna nie tylko będzie w stanie zaśpiewać trudniejsze melodie i rytmy, ale także doda do tego swoje brzmienie i charakter, co sprawi, że będzie to jeszcze ciekawsze. Wierzę, że możemy jeszcze muzycznie stworzyć wiele ciekawych rzeczy. Od dłuższego czasu planujemy między innymi płytę w duecie i jestem pewien, że w ciągu kilku najbliższych lat uda się to zrealizować.

W napiętym grafiku zawodowym znajdujesz jednak czas, zazwyczaj wspólnie z Bogną, na występy dla Polonii. 

Tak. Zawsze chętnie gramy dla Polonii. Jest tu oczywiście pewien element sentymentalny. Na co dzień mieszkamy w dzielnicy Jackson Heights, gdzie Polaków jest bardzo niewielu, dlatego tym bardziej cenimy kontakty z rodakami. Wydaje mi się, że nieraz nawet zwyczajne spotkania i rozmowy w ojczystym języku mają w sobie coś, co zacieśnia plemienne, słowiańskie więzi. Cieszę się więc, że już niedługo będziemy mogli wystąpić na Greenpoincie w Centrum Polsko – Słowiańskim.

Lista twoich muzycznych osiągnięć jest długa, ale co Ty sam uważasz za swój największy sukces?

Jeśli miałbym wybrać tylko jedną rzecz byłoby to wydanie mojej ostatniej płyty Flowing Circles. Udało się zrobić coś naprawdę wyjątkowego z bardzo dobrymi muzykami. Płyta miała dobrą promocję i spotkała się z dużym odzewem otrzymując między innymi świetne recenzje w amerykańskim magazynie DownBeat, czy też europejskim Jazz Forum. Mam po prostu poczucie, że muzycznie wypowiedziałem się na tej płycie najpełniej w wielu ważnych dla mnie aspektach.

Na co dzień spełniasz się w życiu także jako nauczyciel i instruktor.

Tak. Nauczam zarówno w Stanach, jak i w Polsce, gdzie regularnie wraz z Bogną biorę udział w warsztatach w rodzinnej Chodzieży. Coroczna wizyta w Polsce stała się już dla nas tradycją. Zaczynałem od udziału w sekcji akompaniującej dla wokalistów, a obecnie udzielam lekcji fortepianu i teorii muzyki. W Nowym Jorku uczę między innymi w The New York Conservatory of Music na Upper East Side, a także prywatnie. Kiedyś do nauczania miałem bardziej sceptyczne podejście, ale obecnie daje mi to dużo satysfakcji, szczególnie jeśli uda się wytworzyć pewną aurę kreatywnej energii, z której, wydaję mi się, mogę skorzystać tyle samo, co uczeń.

Czym dla Ciebie jest jazz?

Dla mnie jazz może być przede wszystkim zupełnie osobnym muzycznym światem, na co pozwala muzykowi improwizacja, która potrafi skierować go w bardzo różne strony. Jazz to wolność i swoboda w wyrażaniu siebie. Niekoniecznie więc jest to dla mnie konkretny muzyczny styl, a raczej sposób podejścia do tworzenia i grania muzyki. W dużej mierze, szczególnie w ostatnich latach, z jazzem mocno związane są też dla mnie zarówno nowoczesna, ale klarowna harmonia jak i mocny rytm o zdecydowanym charakterze i energii.

Rozmawiał Marcin Żurawicz